NIE TYLKO MIAMI - CO ZOBACZYĆ NA WSCHODNIM WYBRZEŻU FLORYDY

Kiedy mówimy o Florydzie, najczęściej nasze myśli uciekają gdzieś w okolice Miami, plaż z mikroskopijnym piaskiem i strzelistymi palmami. Jednak "Sunshine State" to nie tylko osławiona już metropolia. To o wiele, wiele więcej. Wystarczy jedynie ruszyć przed siebie. Dzisiaj chcemy pokazać, że Miami może być całkiem niezłą bazą wypadową do poznania wschodniego wybrzeża tego stanu. Dookoła znajdziecie bowiem naprawdę wyjątkowe atrakcje. W tym poście zabierzemy Was zatem w kosmos, na spektakularną ścieżkę wśród drzew, a także podpowiemy, gdzie można spróbować podglądać celebrytów. Zapraszamy :)



1. KENNEDY SPACE CENTER

Przed podróżą mieliśmy do wyboru dwie opcje. Albo Kennedy Space Center albo Universal Studios w Orlando. Ostatecznie postawiliśmy na tę pierwszą i nie żałujemy tej decyzji absolutnie. Każda chwila spędzona w Kennedy Space Center była warta każdego wydanego dolara i każdej minuty spędzonej w kolejce do danej atrakcji. 


Na początek garść technicznych informacji. Kennedy Space Center, a ściślej mówiąc Kennedy Space Center Vistor Complex mieści się na wschodnim wybrzeżu Florydy, nieco ponad 70 kilometrów od portu lotniczego Orlando International Airport oraz od centrum Orlando. My dojeżdżaliśmy z południa stanu bezpłatną autostradą nr 95, ale można też dotrzeć tu niezwykle malowniczą, choć o wiele bardziej zatłoczoną drogą nadoceaniczną A1A. Ceny biletów. Co tu dużo mówić, do najtańszych one nie należą, jednak według nas to bardzo dobrze spożytkowane dolary. Wejściówka jednodniowa to koszt 57$ (ulgowy 47$), z kolei jeśli chcecie zostać na dwa dni to musicie się zaopatrzyć w tak zwany bilet roczny, który kosztuje 82$ (ulgowy 67$)



Kompleks adresowany jest zarówno do młodszych gości, jak i tych nieco starszych. Mówiąc wyświechtanym sloganem: "każdy znajdzie tutaj coś dla siebie". Obok żadnej z atrakcji nie da się przejść obojętnie. Można tutaj poznać kosmos w zasadzie od podszewki. Obejrzeć filmy o sondach czy rakietach, wziąć udział w locie kosmicznym lub nawet spotkać z prawdziwym astronautą. Tak, to nie żart. Ludzie będący poza orbitą ziemską mają specjalnie wyznaczone dyżury, podczas których spotykają się z widownią, odpowiadają na pytania i opowiadają o swoich przygodach. No i oczywiście można podziwiać najróżniejsze rakiety i promy. Już po wejściu czeka na Was sporych rozmiarów park, gdzie prezentowane są właśnie rakiety z różnych okresów XX wieku. Zaraz potem warto udać się choćby do budynku ATX, w którym samemu poczujecie się jak prawdziwi astronauci, a to za sprawą specjalnego treningu. 



Atrakcją, którą polecamy najbardziej i która zrobiła na nas największe wrażenie jest Atlantis Building. Szczerze, naprawdę nie wiedzieliśmy czego możemy się tu spodziewać. Weszliśmy do środka i na początek stanęliśmy przed gigantycznym ekranem, prezentującym historię promu Atlantis. Brał on udział w 33 misjach, zabierając na pokład 191 astronautów. Wahadłowiec użytkowany był od 1985 do 2011 roku. W pewnym momencie rozstąpiły się automatyczne drzwi, a naszym oczom ukazał się on - Atlantis we własnej osobie. Na chwiejnych z wrażenia nogach stanęliśmy w gigantycznym hangarze, zbudowanym właśnie dla tego promu kosmicznego. Można przyjrzeć mu się z bliska, zajrzeć praktycznie w każdy zakamarek konstrukcji. Dodatkowo znajduje się tu również makieta stacji kosmicznej oraz teleskopu Hubbla. Efekt dosłownie zwala z nóg!!! 




W Atlantis Building znajduje się także symulator lotów kosmicznych! Powiecie banalne, bo wchodzisz do maszyny, zapinasz pasy i jazda. Owszem, ale w wydaniu amerykańskim i na podwórku NASA to musi robić wrażenie. I robi !!! Już sam moment odpalania silników jest emocjonalny, trzęsie niemiłosiernie, a to dopiero początek. Czuć nawet przyspieszenie zaraz po starcie! A potem, nagle, przy wylocie na orbitę otwiera się nad nami elektroniczne niebo skąd kosmos mamy na wyciągnięcie ręki. Co więcej, symulator pozwala niejako poczuć stan nieważkości. Jedno wielkie WOW!!! 



Kennedy Spacer Center Visitor Complex oferuje również dwie wycieczki autobusowe. Pierwszą w nich jest Early Space Tour, która zabiera gości na miejsce wyrzutni używanych w latach 50-tych i 60-tych. Drugą jest natomiast Explorer Tour, pokazująca miejsca startów większości misji kosmicznych. Niestety nie mieliśmy szczęścia skorzystać z żadnej z nich. Tak, mamy pecha do różnych przeciwności losu w Stanach. Otóż podczas naszej pierwszej wizyty na Florydzie doszło do tak zwanego zamknięcia rządu. Wstrzymane zostało finansowanie administracji, mające na celu wycofanie się z reformy opieki zdrowotnej. W tym czasie zamknięte zostały między innymi muzea oraz Parki Narodowe, które utrzymywane były przez centralny budżet. Niestety na długiej liście placówek był też Kennedy Spacer Center Visitor Complex, działający nie na pełnych obrotach. 


2. AH-TAH-THI-KI MUZEUM

Teraz coś z zupełnie innej beczki. Z kosmosu przenosimy się bowiem do świata Indian. Rdzenną ludnością południowej części Florydy są Seminole. Burzliwe czasy dla tego plemienia to początek XIX wieku i pierwsze zatargi z białymi. Początkowo z Hiszpanami, a następnie z Amerykanami. Dzisiaj ich populacja liczy sobie około 19 tysięcy osób, które strzegą swego terytorium jak oka w głowie, jednocześnie bardzo przychylnie patrząc na chętnych poznać ich kulturę. Życie, zwyczaje oraz trudną historię Seminoli odkryć można w Muzeum Ah-Tah-Thi-Ki, położonym przy północnej granicy Parku Narodowego Everglades. Placówka jest bardzo dobrze wyposażona. Wewnątrz przygotowano wiele makiet przedstawiających między innymi życie codzienne Indian, przygotowywanie posiłków czy przemieszczanie się po bagnach. Wszystko to opatrzone figurami naturalnej wielkości i oryginalnymi strojami. Najlepsze jednak dopiero przed Wami, ponieważ za chwilę wyjdziecie na zewnątrz.


Drugą częścią Ah-Tah-Thi-Ki jest niezwykła ścieżka. Otóż prosto z budynku wchodzi się do dżungli. Autentycznie! Stąpać możecie jedynie po drewnianej kładce. Wyobraźcie sobie, że przez całą wizytę w tym miejscu byliśmy zupełnie sami. Dookoła nas cisza, poprzerywana co jakiś czas jedynie odgłosami lasu. Niby czuliśmy się bezpiecznie, ale lekki niepokój zaprzątał głowy. Nie bez powodu ustawiono bowiem tabliczki informujące o bezwzględnym zakazie schodzenia z kładki. W końcu to terytorium węży, aligatorów czy nawet pum i kto wie ile z tych zwierząt obserwowało nas z ukrycia w czasie naszego spaceru. Ścieżka liczy sobie nieco ponad półtora kilometra długości i tworzy okrąg. Jednak ze względu na zniszczenia podczas huraganu Irma musieliśmy zadowolić się mniej więcej 2/3 trasy i po prostu w pewnym momencie należało zawrócić. Wstęp do Muzeum Ah-Tah-Thi-Ki: bilet normalny 10$, studencki i senioralny 7,50$. Jeśli macie ochotę na wirtualną wycieczkę możecie zrobić to tutaj.







3. FORT LAUDERDALE

Niby zwykłe miasto na Florydzie jakich wiele, ale jeśli przyjrzeć mu się uważnie, w szczególności z góry, to można zauważyć, że zdecydowanie wyróżnia się ono na mapie wschodniej części Florydy.  Może nie od razu wypada je nazywać "amerykańską Wenecją" lub "Amsterdamem zza oceanu", ale skojarzenia mają prawo być dość bliskie. Fort Lauderdale poprzecinane jest bowiem kanałami. Liczne mosty zwodzone i kolejki aut czekające aż przepłynie statek - to wizytówka tego miasta i chleb powszedni jego mieszkańców. 







By zobrazować sobie jak wygląda Fort Lauderdale wystarczy wybrać się na spacer wzdłuż Las Olas Boulevard i co jakiś czas odbić w lewo lub w prawo, by zagłębić się w klimatyczne uliczki pośród kanałów. Miasto niezwykle efektownie prezentuje się widziane z Las Olas Marina lub z mostu nad Middle River.



Fort Lauderdale jest bardzo często wybierane jako miejsce zamieszkania przez słynne osobistości. W okazałych willach za miliony $ swój wolny czas spędzają między innymi gwiazdy sportu, show-business'u czy zwykli celebryci. Podejrzeć ich posiadłości z ulicy nie jest łatwo, ale można spróbować zrobić to z poziomu wody ;) Tutaj z pomocą przychodzi rejs stateczkiem Jungle Queen. I choć nie jesteśmy wielkimi fanami tego typu rozrywek, to akurat ta wycieczka nam się podobała. W czasie rejsu kanałami miasta może uda Wam się wypatrzeć kogoś znanego, kto akurat będzie rozprostowywał kości na leżaku lub pospiesznie zasłaniał kotary w gigantycznym salonie. Rozrywka nie jest tania, bowiem bilet kosztuje 59 $ od osoby, ale w cenę została wliczona kolacja oraz pokaz magicznych sztuczek. Statek odpływa z przystani Bahia Mar Yachting Center.  





4. PALM BEACH & WEST PALM BEACH

Choć to w zasadzie dwa odrębne miasta, można je potraktować jako jedną całość. Historycznie jedno było zależne od drugiego, zaś obecnie West Palm Beach to tętniąca życiem spora miejscowość, zaś Palm Beach jawi się jako oaza spokoju. I tutaj ciekawostka. Palm Beach to najdalej na wschód wysunięty punkt Florydy! Miasto założył przedsiębiorca Henry Flager, który postanowił stworzyć kurort i wyjść naprzeciw oczekiwaniom bogatych rodzin, które chciały posiadać swoje rezydencje na Florydzie. Miasto swoją nazwę zawdzięcza katastrofie z 1878 roku. Wówczas to nieopodal zatonął hiszpański żaglowiec "Providencia", przewożący kokosy. Owoce zasypały wręcz okoliczne plaże, a w 1911 roku nazwa Palm Beach została oficjalnie "wprowadzona do obiegu". 




Z kolei West Palm Beach zostało założone po to, by obsługa hotelowa z Palm Beach miała gdzie nocować. Dzisiaj przyciąga do siebie między innymi chętnych zobaczenia historycznych dzielnic. Są to choćby Flamingo Park oraz Grandview Heights. Jest tu również bardzo przyjemna promenada poprowadzona wzdłuż S Flager Drive, zachęcająca do spacerów i podziwiania wpływających do portu gigantycznych, mieniących się w słońcu jachtów.






5. JEZIORO OKEECHOBEE

Na koniec wracamy jeszcze do indiańskich klimatów, przynajmniej z nazwy. Oto Jezioro Okeechobee. Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie te leżące całkowicie na terytorium Stanów Zjednoczonych, zajmuje ono 4 miejsce pod względem wielkości. Jego powierzchnia wynosi prawie 1900 kilometrów kwadratowych i nie bez powodu nazywane jest niekiedy "morzem śródlądowym Florydy". Jest natomiast stosunkowo płytkie, gdyż głębokość tego akwenu sięga ledwie 6 metrów. Słowo wyjaśnienia należy się Wam jeszcze à propos jego nazwy. Pochodzi ona od słów w języku rdzennego plemienia Hitchti, oki – woda, chubi – duży, czyli duża woda. Zobaczcie zresztą sami, rozmiary tego jeziora są naprawdę gigantyczne. 




Jezioro Okeechobee to drugie miejsce (po Parku Narodowym Everglades, o którym jeszcze napiszemy), gdzie udało nam się dojrzeć dziko żyjące aligatory. Nieopodal zauważyliśmy kilka klubów surferskich, co skłoniło nas do myśli o dość sporej symbiozie człowieka z tymi gadami. Jak to wygląda w praktyce? Tego nie mieliśmy okazji zaobserwować, może i dobrze ;)





Jak więc widzicie, Floryda to nieprzebrany skarbiec najróżniejszych atrakcji i pomysłów na spędzanie wolnego czasu. Tymczasem my ledwie dotknęliśmy wschodniego jej wybrzeża i okolic Miami. Ten gigantyczny stan ma tak wiele do zaoferowania, że nie sposób tego zebrać w jednym poście. Dlatego w najbliższym czasie będziemy kontynuować tę wspólną podróż i przedstawiać Wam miejsca, do których warto dotrzeć. Jedno jest pewne - nudy nie będzie! :) 

Do zobaczenia! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

KORONA GÓR POLSKI

KORFU - POŁUDNIE WYSPY

WIELKOPOLSKIE WĘDRÓWKI: TOP 10 ZAMKÓW I PAŁACÓW WIELKOPOLSKI

WIELKOPOLSKIE WĘDRÓWKI: PARK KRAJOBRAZOWY IM. GEN. DEZYDEREGO CHŁAPOWSKIEGO

WIELKOPOLSKIE WĘDRÓWKI: LĄD - PRZEZ LAWENDĘ DO OPACTWA

KORONA GÓR POLSKI: KOWADŁO, RUDAWIEC, SKRZYCZNE, CZUPEL

WIELKOPOLSKIE WĘDRÓWKI: TUREK

ZAMEK CHOJNIK - WYCIECZKA Z DZIECKIEM

WIELKOPOLSKIE WĘDRÓWKI: PARK KRAJOBRAZOWY PUSZCZA ZIELONKA

KORONA GÓR POLSKI: MOGIELICA, WYSOKA, RADZIEJOWA, LACKOWA